Kolejny etap mojego nowego życia, po poprzednim okresie przed udarem, to doświadczenia w początkach samodzielnego poruszania się.  

 

Wstajemy z wózka inwalidzkiego, łapiemy równowagę, stawiamy krok po kroku, patrzymy przed siebie. Do tych czynności dochodzi realizacja wszystkich odruchów potrzebnych do zrobienia kroku. Tak mogę już nazwać te czynności odruchami, bo one przez systematykę ich powtórzeń zaczynają być automatyczne.

Chylę czoła dla profesjonalizmu mojej fizykoterapeutki, mentorki recytującej rytmicznie kolejne komendy do wykonania i równym rytmem maszerującej obok mnie. Ta forma asekuracji jest niezbędna, bo wystarczy chwila dekoncentracji z mojej strony i tracę równowagę. Silny uchwyt asekuracyjny mojej towarzyszki powoduje, że wracam do pionu i idę dalej. Tak godzina po godzinie, dzień po dniu chodzimy coraz dalej i dłużej. Następny etap to chodzenie po schodach, na dół i do góry. Wchodzenie do góry idzie nieźle i jest bezpieczniejsze, schodzenie w dół jest mniej bezpieczne i wymaga asekuracji osoby fachowej. Tak maszerując potrafię już pokonać dystans dwóch długości korytarza i trzy piętra do góry. Mogę więc zrobić spacer do bufetu po zakupy na parterze i wrócić po schodach na III piętro niosąc w prawej ręce siatkę z tymi zakupami. Jest jeszcze jedno osiągnięcie, mogę na wszystkich patrzeć z tej samej płaszczyzny, na stojąco. Dla kogoś kto poruszał się tylko na wózku inwalidzkim jest to wielkie osiągnięcie. Tak oto powoli wracam do normalności.

Jednak aby nie było wszystko takie różowe w tej mojej poudarowej rzeczywistości, przyszedł jeden taki poniedziałkowy dzień.

 

Tygodniowy cykl ćwiczeniowy był ograniczony do piątku a w sobotę i niedzielę były dni dla odpoczynku. Wszystkie mięśnie przez te dwa dni regenerowały się i przestawały boleć. Ten poniedziałek jednak był inny, ból w barku prawej ręki zamiast ustąpić powiększył się. Dodatkowo na bicepsie prawej ręki pojawiło się poprzeczne zgrubienie. Ćwiczenia prawej ręki zostały wstrzymane i zamienione na masarze oraz inne zabiegi fizykoterapeutyczne. Nic to jednak nie dało, ból się powiększał a w pozostałych mięśniach prawej strony ciała, zaczęły się pojawiać nie kontrolowane skurcze. Jak się dalej okazało, stało się to co miało nadejść prędzej czy później. Pojawiła się spastyczność poudarowa, niekontrolowane przykurcze mięśni przywodzących. Dalsza rehabilitacja prawej ręki nie była możliwa a ćwiczenia prawej nogi, bardzo utrudnione.

 

Od tego momentu cała moja dalsza rehabilitacja była uwarunkowana możliwościami pokonywania odruchów mięśni wywoływanych skurczami spastycznymi. W praktyce wyglądało to mniej więcej tak. Po około godzinie masażu i rozciągania mięśni, dochodziło do pełnozakresowego ruch ręki i nogi. Jednak wystarczyło pokonanie drogi z sali treningowej do swojej sali chorych, około 100 m korytarza i dwa poziomy klatki schodowej, aby osiągnięty efekt zakresu ruchu znikał. Kolejne porcje masażu i gimnastyki przywracały zakres ruchowy, a każdy kolejny wysiłek wszystko to niweczył. Tak oto zamknął się mój pierwszy etap odkrywania możliwości ruchowych osiąganych w nowej rzeczywistości rehabilitacji poudarowej.

08 listopada 2020

blog o tematyce zdrowia  - spastyczność

powrót do bloga

webmail

Napisz do nas

Sfera Net

ebeck

 

powrót do bloga

zdrowie